miejsce, gdzie rzeczywistość spotyka się z nierzeczywistością
 Oceń wpis
   

Dostałem maila od Pankracego:
"Jeet, pomocy! Kupiłem ostatnio komputer i nagle zacząłem mieć mniej czasu. Przyjedź i zobacz dlaczego... Wiesz przecież jak cenny jest mój czas".
Zmartwiłem się. Rzeczywiście cena czasu Pankracego ciągle rosła, jego czas był wyceniany najlepiej na giełdzie. Trzeba było wziąść się do roboty. Wziąłem niezbędny ekwipunek: młotek, linę, siekierę i łom i wsiadłem do taksówki.
- Do Pankracego! Szybko! - krzyknąłem. Nie musiałem podawać adresu. Pankracego znali wszyscy. Samochód ruszył z kopyta. Nie pytajcie skąd miał kopyta... miał i już.
Po chwili byliśmy na miejscu. Łom był bardzo pomocny przy otwieraniu drzwi. Pankracy stał w miejscu i wrzeszczał. Komputer stał w kącie i głośno buczał. Na monitorze była włączona strona www.golestwory.pl. Pankracy był jak w transie. Zaczął tańczyć dookoła komputera. Wiedziałem, że trzeba coś z nim zrobić.
- Bić albo nie bić - zastanawiałem się. W końcu te filozoficzne rozważania zatrzymał mój wewnętrzny barbarzyńca. Podbiegłem do Pankracego i uderzyłem go młotkiem. Kiedy stracił przytomność, związałem go liną. Nie mógł mi już przeszkodzić. Podszedłem do komputera. Przyglądałem mu się fachowym okiem przez kilka minut. Chwyciłem siekierę i zniszczyłem obudowę komputera. Było tak jak myślałem. W środku siedziało pięć skrzatów i sączyło herbatkę. Wiedziałem, że to oni są odpowiedzialni za cały ten problem. Pośrodku ich domku stał olbrzymi piec. W piecu piekł się placek zrobiony z czasu Pankracego.
Polała się krew. Problem został rozwiązany. Pankracy, słysząc w podświadomości wrzaski umierających skrzatów, ocknął się.
- A wiesz, przyjacielu, jaki z tego morał? - zapytałem
- Jak cię znam, to coś typu "Tonący brzydkiej się chwyta"
- Nie. Wiesz, gdyby policzyć wszystkie komputery na świecie, to i tak to by nic nie dało. Z komputerami jest podobnie. Jest ich tyle, że jeden więcej nie zrobi różnicy. Trzeba tylko wiedzieć czym grozi używanie komputera... i sprawdzić, czy w środku nie ma skrzatów.

Zostawiłem osłupiałego Pankracego i wyszedłem. Poszedłem do domu i napisałem piękne opowiadanie z morałem.

 
Rurkowie waniliowi 2010-03-02 21:27
 Oceń wpis
   

Na pewno wszyscy pamiętają jeszcze "aferę", która miała miejsce w TVNie około 1,5 roku temu. Dla mających kiepską pamięć przypomnienie:
http://www.youtube.com/watch?v=W479P3zXukk

Po tej aferze Rurek stał się sławny. Był sławny, więc wystąpił w reklamie środków do czyszczenia, ktoś postawił mu pomnik... ale ostatnio znalazłem firmę, która nie dość, że narusza prawa osobowe Rurka, to jeszcze na nim zarabia! Pewna firma (jej nazwy nie mogę podać, więc nie powiem, że jest to firma Tago) nazwała imieniem Rurka swój produkt. W dodatku popełniła błąd ortograficzny w nazwie. Co za wstyd!

 Spójrzcie na to i głęboko zastanówcie się, czy chcecie żyć w kraju, który pozwala na takie bezprawie.

Tagi: prawo, jeet, rurek, Tago
 
Kryzys wieku średniego 2010-03-01 19:03
 Oceń wpis
   

Zadzwonił budzik. Adam przetarł oczy i wstał. Tak jak zawsze nalał sobie szklankę wody mineralnej. Pamiętał, że ten wyglądający na zwyczajny dzień jest z jakiegoś powodu szczególny, ale nie próbował nawet szukać tego powodu. Rano nigdy nie myślał. Rano poruszał się po omacku, jak zombie i zachowywał się, jakby nie opłacało mu się mieć mózgu.

Adam usiadł na fotelu i wsłuchał się w odgłosy otaczającego go świata. Gdzieś z góry dochodziły do niego dźwięki piosenki „40 lat minęło”. Posłuchał przez chwilę, po czym włączył telewizor. W Jedynce leciał „Czterdziestolatek”. Adam domyślił się, że to dlatego przed chwilą słyszał tą piosenkę.
Przełączył. Na Dwójce był Kabaret Starszych Panów. Adam pooglądał przez chwilę.
- Starsi panowie, starsi panowie – nucił.
W końcu jednak kabaret się skończył i rozpoczął się program o kryzysie wieku średniego.
- Mam już dość tych wszystkich kryzysów – stwierdził i znowu przełączył. Na Polsacie odbywała się debata na temat starzenia się społeczeństwa w Polsce.
Adam wyłączył gadające głowy i poszedł do kuchni. Zaczął robić śniadanie i włączył radio. W Trójce leciało właśnie „When I’m sixty-four” McCartneya. Jadł śniadanie kiedy przyszedł SMS: „Wszystkiego najlepszego z okazji 40 urodzin. Mam nadzieję, że kryzys nie nadejdzie za szybko :P.”
Wtedy Adam zrozumiał. Zrozumiał jaki jest powód jego wewnętrznego niepokoju. Zrozumiał znaczenie znaków otrzymywanych przez cały poranek.
I tak zaczął się kryzys wieku średniego.
 
 Oceń wpis
   

"Ciemność. Ciemność widzę. Przyjedź. Potrzebuję Twojej pomocy." Tak brzmiał SMS, którego otrzymałem od Zgryźliwego o 4.34.
- Dobrze, że nie widzi przynajmniej żadnego durnego światełka w tunelu - skomentowałem sucho. Ale cóż, musiałem wstać... Klient wymagał.
5 minut później byłem u niego.
- Cześć Zgryźliwy - krzyknąłem od progu
- No, wreszcie jesteś. Chodź szybko - odpowiedział
- Co jest?
- No wiesz, telewizor mi się zepsuł... Wiedziałem, że się na tym znasz, więc pomyślałem, że mi pomożesz.
Podszedłem do telewizora. Na szczęście był stary, więc było gdzie stuknąć. Dokładnie wybrałem miejsce i uderzyłem. Działał.
- Coś jeszcze? Bo wiesz, tak jakby mnie obudziłeś.
- Tak właściwie to jeszcze nie mam światła.
- No tak, ciemność widzisz - mruknąłem - Czekaj chwilę.
Stuknąłem w ścianę. Tym razem problem był poważniejszy, musiałem stuknąć dwa razy. I to głową. Zadziałało. Moim oczom ukazał się malowniczy bałagan. Wszędzie walały się butelki po coli-coli i papierki po batonikach. Spojrzałem na niego pytająco.
- No co, impreza była - wytłumaczył - W zasadzie to jestem odrobinę napity.
- Ile litrów wypiłeś?
- Osiem... Ale za to zjadłem tylko dziesięć batoników.
- Taa... I może mam to jeszcze posprzątać?
- No jakbyś mógł.
Wyszedłem. Trzasnąłem drzwiami i nie przejmując się tym, że drzwi wypadły z zawiasów, wróciłem do domu.
- Nie będzie mi smarkacz rozkazywał - pomyślałem - ma pięć lat i już pije. Alkoholu nie chce, a colę wchłania jak automat. I nawet mnie nie zaprosił, a przecież wie, jak bardzo lubię batoniki.

Zasnąłem. Miałem szczęście, znowu śniło mi się piękne światełko w tunelu. Już nie widziałem ciemności.

 
 Oceń wpis
   

Zaczęła się lekcja i pani Halina Kukurydza dumnie wkroczyła do klasy. Była ona bardzo wykształconą nauczycielką, a o kukurydzy wiedziała dosłownie wszystko. Mi jej nazwisko kojarzyło się nie wiedzieć czemu z olejem kukurydzianym, ona jednak była z niego bardzo dumna. Pochodziła z bardzo starej rodziny. Kukurydzowie mieszkali kiedyś w Ameryce, a do Europy przybyli podobno z samym Kolumbem!

Wróćmy jednak do lekcji, której pierwsze 15 minut minęło na swobodnych pogawędkach o problemach życia codziennego. Maurycy Kogut jak zwykle zastanawiał się czy pierwsze było jajko, czy kura i tłumaczył nam, jak bardzo jest mu to potrzebne. Stasia Tuszch przeglądała prasę. Kiedy spojrzałem, czytała akurat artykuł "Kto będzie przesłuchiwany przez komisję?". - Pewnie pójdzie w ślady ojca - pomyślałem i lekko się uśmiechnąłem. Przeniosłem wzrok na moich kolegów, którzy toczyli właśnie zażartą dyskusję o tym, czy można wydostać się z czarnej dziury. Wymieniłem się z nimi swoją opinią, a ponieważ okazało się, że twierdzę inaczej niż większość, zaczęli kłócić się ze mną. Intensywna wymiana poglądów trwała trochę ponad 5 minut, w końcu jeden z moich przeciwników, który nie chciał mieć podbitego drugiego oka, zgodził się ze mną i razem udało nam się jakoś zakończyć dyskusję. Odwróciłem się do Anzelma. Zdążyliśmy jeszcze omówić kwestię, czy w Stanach będzie hiperinflacja kiedy nauczycielka nieoczekiwanie się odezwała. Marcel spojrzał na zegarek i stwierdził:
- Nauczycielka odezwała się jak dla mnie nieoczekiwanie. Powinna odezwać się za 34,16 sekundy.
- Może wypiła kawę - zasugerowałem

W końcu doczekaliśmy się najgorszego... Nauczycielka rozpoczęła swój codzienny rytuał. Rozejrzała się po nagle cichej klasie. W końcu jej wzrok padł na Marcela Jabłko - Gruszkę.
- Powiedz mi Marcel, jak daleko pada jabłko od jabłoni?
Marcel nagle zbladł. Od dzieciństwa miał alergię na jabłka i nie interesował się takimi rzeczami.
- Proszę pani, to jakieś gruszki na wierzbie. Nie wiem czy jest pani tego świadoma, ale od dzieciństwa mam alergię na jabłka i nie interesuję się takimi rzeczami.
Nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, nauczycielka podeszła do dziennika i postawiła mu uwagę pozytywną za używanie związków frazeologicznych w praktyce i zostawiła go w spokoju.
- Dobrze, na dzisiaj wystarczy. Teraz napiszecie mi pracę na temat "Rola rycerzy Jedi w II wojnie światowej". Macie czas do końca lekcji.
- Ha, jakie łatwe - ucieszyłem się. I rzeczywiście, w porównaniu z ostatnią rozprawką "Czy płyty CD są odpowiedzialne za globalny kryzys?" był to łatwy temat.
 

 
Skąd wziął się Bzik? 2010-01-26 12:10
 Oceń wpis
   

Wszystko zaczęło się w dniu szóstym.
Stwórca przebywał na nowopowstałej górze o wdzięcznej nazwie "God's Moutain".
Bóg położył się, zaczął patrzeć na leniwie poruszające się obłoki i marzył...
I wtedy zamarzył się Stwórcy przyjaciel, gdyż po pięciu dniach doskwierała mu samotność.
Postanowił więc swoim zwyczajem zajrzeć w przyszłość.
- O, aż 17,900 wyników pasuje do hasła "Pies jest najlepszym przyjacielem Boga" - zdziwił się - skoro tak, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko stworzyć psa.
Znalezienie szczegółowej anatomii psa było kwestią 0.29 sekundy. Bóg znalazł jeszcze kilka zdjęć psów, żeby wiedzieć, na czym się wzorować.
- Stworzę mojego psa na podobieństwo... tego czarnego - pomyślał i ucieszył się, że za chwilę nie będzie już samotny. Niedługo później model psa był gotowy. Chociaż pies był trochę pokraczny, Stwórca nie zniechęcił się
- Pewnie po prostu mam za niski level, żeby stworzyć idealnego psa - stwierdził, zapisując w Notatniku, żeby pograć trochę więcej w następnym tygodniu.
Teraz pozostawała jeszcze kwestia charakteru.
- To może ustawić się losowo. Ciekawe, co powstanie...
Po chwili pies zaczął się poruszać. Bóg bawił się z nim około godziny. Wtedy jednak pomyślał, że możnaby go jakoś nazwać.
- Imię mógłbym wybrać, zwracając uwagę na jakąś cechę jego charakteru... A on jest miły, ale szalony...
Stwórca przjrzał szybko synonimy do słowa "miły":
- koleżeński, przyjacielski, uczynny, łaskawy... nie, to się nie nadaje. Za to synonimy do "szalony" są ciekawsze: ostateczny... ha, zupełnie jak sąd!... desperacki, zbzikowany. No, to ostatnie mogłoby się nadawać. - stwierdził - Zbzikowany, noga - zawołał. Pies nie przyszedł.
- I dlaczego on nie przychodzi? - zamyślił się i ponownie wczytał się w poradniki.
- Ha, już wiem - ucieszył się po dłuższym czasie - "Imię dla psa powinno być krótkie" To opinia fachowca, więc pewnie ma rację... Bzikow, noga - Zawołał, jednak pies nie przyszedł - Pewnie nie jest Rosjaninem... Zresztą to nawet dobrze.
Ale wychodzi na to, że jedynym sensownym zdrobnieniem jest "Bzik"... Bzik, noga - krzyknął Bóg - Pies, który zauważył akurat lecącego ptaka, pobiegł w jego stronę i wpadł na Stwórcę.
- Dobry Bzik, dobry - uśmiechnął się, a pies
zamerdał ogonkiem.
I Bóg wiedział, że to, co stworzył, choć nieco koślawe, było dobre.
Na cześć tego wydarzenia nazwę góry zmienił na Punkt,
ponieważ w tym właśnie miejscu stworzył psa.
A Bzik przebywa na Punkcie do dziś, bowiem Stwórca uczynił go nieśmiertelnym.
I właśnie dlatego mówi się, że ma się Bzika na Punkcie czegoś.

 


Najnowsze komentarze
 
2013-06-10 22:54
laptop.do.gier do wpisu:
To nie komputer zjada czas
nie linkuj do strony z trojanem :P mogłeś ostrzec chociaż ;P
 
2010-03-01 23:28
jo44 do wpisu:
Kryzys wieku średniego
Wiadomo, czas płynie - kazdemu. No inna sprawa ze nie jednakowo każdemu.
 
2010-01-29 23:32
Kazyk do wpisu:
Skąd wziął się Bzik?
Całkiem, całkiem... wciągneło mnie a to już coś i z żartem trochę, no no... Kazek
 





Moje linki
 
 



Ulubione blogi
 
 



Archiwum Bloga
 
Rok 2010